Co widać po pierwszym skanie i ile to trwa
Inwentaryzacja zestawia to, co faktycznie pracuje w sieci, z tym, co firma kupiła i za co płaci. Lansweeper zbiera ten spis bez instalowania agenta, poświadczeniami do Windows, SSH i SNMP. Darmowy poziom obejmuje 100 zasobów. Skanowanie trzydziestu stanowisk trwa krócej niż dzień roboczy, uporządkowanie wyników kilka dni.
Sto zasobów to granica, za którą narzędzie zaczyna kosztować, i to od razu sporo, bo najniższe płatne pasmo obejmuje dwa tysiące. Piszemy dla właściciela, którego spis sprzętu leży w arkuszu i jest nieaktualny. Niżej rozstrzygnięcie, czy stawiać narzędzie na stałe, czy zamówić jednorazowy spis, i co z wynikiem zrobić przy audycie licencyjnym oraz przy ISO/IEC 27001.
Dlaczego ewidencja z księgowości nigdy nie zgadza się z tym, co loguje się do sieci
Bo obie listy powstają z innego zdarzenia, a nie dlatego, że któraś jest prowadzona niechlujnie.
Najkrócej: księgowość ma listę płac, sieć ma bramkę obrotową. Lista płac mówi, kogo firma zatrudniła i ile mu płaci, i jest prawdziwa. Bramka liczy, kto dziś rano faktycznie wszedł do budynku, i też jest prawdziwa. Zgadzać się nie mają prawa, bo jedna zapisuje decyzję, a druga obecność. Ktoś jest na urlopie, ktoś wszedł na kartę gościa, komuś skończyła się umowa, a kartę ma dalej.
W sprzęcie działa to tak samo. Księgowość zapisuje fakturę: datę, kwotę, nazwę z dokumentu, czasem numer seryjny przepisany ręcznie. Sieć zapisuje logowanie: nazwę hosta, adres, system, zainstalowane oprogramowanie, datę ostatniego kontaktu. Pierwsza lista opisuje pieniądze, druga opisuje ryzyko, i nikt ich nigdy nie uzgadniał.
Rozjazd zaczyna się od rzeczy zupełnie zwyczajnych. Laptop kupiony na dział sprzedaży wędruje po roku do magazynu i nikt tego nie odnotowuje. Monitor i stacja dokująca poniżej progu środka trwałego idą prosto w koszty, więc w ewidencji ich nie ma wcale. Drukarkę do sekretariatu kupuje biuro z własnego budżetu. Konto w usłudze chmurowej zakłada handlowiec kartą firmową, a księgowa widzi tylko pozycję na wyciągu.
źródło: Pexels, Tiger Lily Sieć nie kłamie.
Urządzenie, które pobiera adres z serwera DHCP i uwierzytelnia się w domenie, istnieje niezależnie od tego, czy ktoś je wpisał do arkusza. To jest cała różnica między spisem z pamięci a spisem z odczytu, i to jest jedyny powód, dla którego w ogóle wdraża się narzędzie inwentaryzacyjne. Nie po to, żeby mieć ładniejszą tabelkę.
Brak tej listy kosztuje w trzech miejscach naraz. Nie wiadomo, ile stacji czeka na łatkę, bo nie wiadomo, ile ich jest. Płacicie za subskrypcje osób, które odeszły, a rachunek rośnie co miesiąc po cichu. Przy pytaniu kontrahenta o legalność oprogramowania odpowiadacie z pamięci, czyli nie odpowiadacie wcale.
Co wychodzi przy pierwszym skanowaniu, kiedy nikt jeszcze niczego nie sprzątał
Pierwszy raport z narzędzia inwentaryzacyjnego jest zawsze dłuższy, niż firma się spodziewa. Cztery znaleziska powtarzają się u prawie każdego klienta.
- Sprzęt, o którym nikt nie wiedział. Stary serwer plików schowany pod biurkiem w księgowości, przełącznik dołożony przez kogoś na czas remontu, kamera z własnym serwerem nagrań, tablet magazynowy leżący od dwóch lat w szufladzie i nadal podpięty do Wi-Fi. Nikt tego nie zgłosił, bo każde z osobna wyglądało na drobiazg.
- Systemy bez wsparcia producenta. Stacja z Windows 10 w firmie, która była przekonana, że rok wcześniej wymieniła wszystko. Serwer bazy danych na wersji, która nie dostaje już poprawek. Urządzenie sieciowe z oprogramowaniem z 2019 roku, bo aktualizacja wymagała przerwy w pracy i została odłożona.
- Licencje kupione podwójnie. Ten sam program w subskrypcji rocznej i w wersji wieczystej z poprzedniego zakupu. Dwa narzędzia do tego samego, każde opłacane przez inny dział. Konto w usłudze chmurowej dla pracownika, który ma już drugie konto z czasów, gdy pracował w innym zespole.
- Licencje używane bez zakupu. Wersja domowa pakietu biurowego na firmowym laptopie. Program specjalistyczny zainstalowany „na próbę” i używany trzeci rok. Windows Server, do którego nikt nie kupił licencji dostępowych, bo nikt nie wiedział, że są osobną pozycją.
Tomasz Kaczmarek
Mogę Ci jakoś pomóc?
Trzeci i czwarty punkt zwykle występują razem, w tej samej firmie, w tym samym raporcie. To wygląda jak sprzeczność, a jest normą: kupujecie drugi raz to, co już macie, i jednocześnie nie macie tego, czego używacie codziennie. Obie pozycje biorą się z braku jednego miejsca, w którym widać stan faktyczny.
Czego Lansweeper nie zobaczy sam i w którym miejscu jego liczby kłamią
Skanowanie bez agenta to nocny stróż z pękiem kluczy. Obchodzi budynek według trasy, którą mu wyznaczyliście, otwiera te drzwi, do których dostał klucz, i zapisuje, co widział w środku. Wynika z tego wszystko, co w tym narzędziu zawodzi. Korytarza spoza trasy nie obejdzie. Drzwi, do których nie ma klucza, nie otworzy. I najgorsze: w obu przypadkach napisze w raporcie to samo co przy pokoju faktycznie pustym, więc raport wygląda na kompletny dokładnie wtedy, gdy nie jest.
To jest najczęstsza przyczyna fałszywego poczucia porządku po wdrożeniu i powód, dla którego pierwszy spis zawsze przechodzimy ręcznie zamiast wysłać plik mailem.
Siedem rzeczy, które trzeba obsłużyć ręcznie.
- Podsieci, których nikt nie wpisał do zakresu. Skaner sprawdza to, co mu wskażecie. Sieć magazynu na osobnym VLAN albo oddział z własnym łączem nie pojawi się nigdzie, dopóki nie doda się zakresu adresów i drogi do niego. Podział sieci opisaliśmy przy okazji segmentacji w małej firmie , a spis dziedziczy każdy błąd tego podziału.
- Urządzenia, które nie bywają w biurze. Laptop handlowca włączany raz w miesiącu w zasięgu firmowej sieci trafi do raportu z datą sprzed miesiąca i będzie wyglądał jak sprzęt wycofany. Od tego jest agent LsAgent, który wysyła dane sam, i to jedyny przypadek, w którym instalujemy cokolwiek na stacjach.
- Poświadczenia bez wymaganych uprawnień. Konto do skanowania Windows, które nie ma dostępu do zdalnego zarządzania, zwróci samą nazwę i adres. Zasób będzie w spisie, ale pusty, i nikt tego nie zauważy przy dwustu pozycjach.
- Subskrypcje chmurowe. Konta i plany w Microsoft 365 to osobna ewidencja, której skan sieci nie widzi, bo tam nie ma czego skanować. Ta część spisu powstaje z panelu administracyjnego usługi i musi zostać zestawiona z listą pracowników z kadr.
- Uprawnienia i przypisania. Narzędzie powie, kto ostatnio logował się na stacji, nie powie, kto za nią odpowiada ani do jakiego działu należy koszt. Pole właściciela zasobu wypełnia człowiek, raz, i potem się je utrzymuje.
- Sterowniki i maszyny produkcyjne. Panel operatorski przy linii albo sterownik z własnym stosem sieciowym potrafi zareagować na odpytanie inaczej, niż przewiduje instrukcja. Takie adresy wyłączamy ze skanowania aktywnego i spisujemy je z dokumentacji, po rozmowie z utrzymaniem ruchu.
- Zgodność licencyjna. Skaner liczy instalacje. Uprawnienie do używania wynika z faktury, umowy albo warunków subskrypcji, więc dopóki ktoś nie wpisze zakupów po drugiej stronie, raport pokazuje samą lewą kolumnę równania.
Ostatni punkt jest tym, którego w Lansweeperze nie lubimy najbardziej. Nazwy produktów zgłaszane przez różne wersje instalatorów rozjeżdżają się na tyle, że ten sam program potrafi wystąpić w raporcie jako trzy różne pozycje, a scalanie ich zostaje po stronie człowieka. Przy pierwszym porządkowaniu to kosztuje kilka godzin i nie ma na to obejścia poza cierpliwością.
Co trzeba postawić, zanim skaner w ogóle ruszy
Druga rzecz, która potrafi zaskoczyć, dotyczy samej instalacji. Serwer skanujący w wersji Classic działa na Windowsie i potrzebuje bazy SQL Server, więc „lekkie narzędzie” zajmuje maszynę, którą ktoś musi aktualizować i kopiować. Wariant chmurowy zdejmuje ten obowiązek i dokłada zależność od łącza oraz od cennika producenta.
Od ilu stanowisk to się opłaca i komu odradzamy stałe narzędzie
Najpierw jednostka, bo mylenie jej z liczbą pracowników wywraca każdy rachunek w tej sekcji. Zasobem jest każde urządzenie, które odzywa się w sieci: komputer, serwer, przełącznik, drukarka, kamera, zasilacz awaryjny z kartą sieciową. Jedno stanowisko pracy generuje więc zwykle od półtora do dwóch zasobów, a nie jeden, bo obok komputera stoi telefon, w korytarzu wisi punkt dostępowy, a w sekretariacie pracuje drukarka, którą liczy się raz na całą firmę. Biuro na 20 osób to w praktyce od 35 do 50 zasobów. Wszędzie, gdzie w tym tekście pada liczba zasobów, chodzi o tę jednostkę, a nie o biurka.
Próg, przy którym stawiamy narzędzie do inwentaryzacji sprzętu i licencji na stałe, leży w okolicach 25 zasobów i jednego serwera, czyli mniej więcej przy firmie kilkunastoosobowej. Bierze się on z porównania dwóch prac, a nie z wyczucia.
Poniżej tej granicy ręczne spisanie wszystkiego zajmuje pół dnia i mieści się w jednym arkuszu, a postawienie narzędzia oznacza kolejną maszynę z bazą danych, którą ktoś musi aktualizować i kopiować, czyli stały koszt przewyższający korzyść. Przy 50 stanowiskach, czyli około stu zasobach, ten sam ręczny spis to już około dwóch dni pracy i za każdym razem zaczyna się go od zera, bo arkusz nie odświeża się sam. Druga powtórka takiego spisu kosztuje więcej niż roczne utrzymanie narzędzia i to jest cały mechanizm tego progu.
Trzy sytuacje, w których mówimy „nie warto”.
- Firma na dziesięć osób, wszystko na laptopach, bez serwera i bez domeny. Proponujemy jednorazowy spis i rejestr prowadzony ręcznie, aktualizowany przy każdym zakupie. Kosztuje raz i nie zostawia po sobie systemu do pilnowania.
- Zespół rozproszony, sprzęt prawie nigdy nie bywa w biurze. Skanowanie sieci nie ma tu czego skanować. Sensowniejsze jest zarządzanie stacjami z chmury, na przykład przez Intune, a spis powstaje przy okazji.
- Firma, która ma już system klasy ITSM z modułem zasobów. Drugi spis obok pierwszego kończy się dwiema listami, które się rozjeżdżają, i pytaniem, która jest prawdziwa.
Wszystkie trzy powyższe przypadki mają wspólną cechę: nie chodzi w nich o wielkość firmy, tylko o to, że skanowanie sieci nie ma czego skanować albo dubluje coś, co już istnieje. Sam rozmiar firmy rozstrzyga wyłącznie tam, gdzie sieć jest jedna i kompletna.
Tomasz Kaczmarek
Mogę Ci jakoś pomóc?
Jak wdrażamy inwentaryzację sprzętu i licencji, krok po kroku
Kolejność jest zawsze ta sama, niezależnie od tego, czy firma ma dwadzieścia stanowisk, czy sto dwadzieścia. Ramy czasowe podajemy dla firmy na 30 do 50 stanowisk z jedną lokalizacją i jednym serwerem.
- Rozmowa o zakresie, jeden dzień. Ustalamy, ile jest lokalizacji, jakie podsieci, czy jest domena Active Directory, kto ma poświadczenia i czy są urządzenia, których nie wolno skanować w godzinach pracy. Bez tej rozmowy pierwsze skanowanie zawsze wraca niekompletne.
- Instalacja serwera skanującego, pół dnia. Maszyna wirtualna albo istniejący serwer, baza danych, konsola webowa, konto usługi. Zakładamy konta skanujące z minimalnymi uprawnieniami: osobne do Windows, osobne do SSH, osobne do SNMP, każde opisane w rejestrze haseł klienta.
- Pierwszy skan i porządkowanie wyników, dwa do trzech dni. Zakresy adresów, import z Active Directory, harmonogram. Efektem jest surowa lista, którą przechodzimy pozycja po pozycji: co to jest, czyje to jest, czy ma zostać. Struktury katalogowej, z której to importujemy, dotyczy nasz wpis o Active Directory i politykach GPO .
- Zestawienie z dokumentami zakupu, dwa dni. Faktury, klucze, umowy i panele subskrypcji po jednej stronie, wynik skanowania po drugiej. Tu powstają dwie listy, które klient dostaje na koniec: co wyłączyć i co dokupić.
- Reguły na przyszłość, pół dnia. Kto zatwierdza zakup oprogramowania, gdzie trafia dowód licencji, kto zamyka konta przy odejściu pracownika, co się dzieje ze sprzętem przekazywanym między działami.
- Przekazanie, jedno spotkanie. Konsola, raport, dwie listy i procedura. Omawiamy je z osobą decyzyjną, nie wysyłamy pliku mailem.
Cały cykl zamyka się zwykle w dwóch tygodniach kalendarzowych, z czego naszej pracy jest około pięciu do sześciu dni. Rozjazd między jednym a drugim bierze się z czekania na dokumenty zakupu, i to jest etap, który wydłuża się najbardziej przewidywalnie.
Co robimy dalej, żeby spis nie zestarzał się w trzy miesiące
Inwentaryzacja sprzętu i licencji zrobiona raz traci aktualność od pierwszego dnia. Nowy laptop, odejście pracownika, zmiana wersji programu: każde takie zdarzenie odsuwa raport od rzeczywistości, a po kwartale nikt już mu nie ufa i wraca do pytania „a ile my właściwie mamy komputerów”.
Utrzymanie sprowadza się do czterech rzeczy, które robimy w ramach stałej opieki.
- Skanowanie chodzi z harmonogramu: codziennie w nocy dla stacji i serwerów, rzadziej dla urządzeń sieciowych.
- Raz w miesiącu przeglądamy zasoby, które nie odezwały się od trzydziestu dni, bo to albo sprzęt wycofany bez zgłoszenia, albo maszyna, która wypadła ze skanowania i nikt nie sprawdza jej łatek.
- Raz na kwartał przechodzimy subskrypcje, ponieważ tam koszt rośnie najciszej, a różnica robi się widoczna dopiero na rocznym odnowieniu.
- Przy każdym odejściu pracownika zamykamy konta i zwalniamy przypisane licencje, w tym samym tygodniu.
Ta lista ma jeszcze jedno zastosowanie, mniej oczywiste. Spis zasobów jest punktem wyjścia dla monitoringu: dopóki nie wiadomo, co stoi w firmie, nie wiadomo, czego pilnować, i dokładnie o tym jest nasz tekst o monitoringu infrastruktury . Kolejność jest jednokierunkowa: najpierw spis, potem czujniki.
Jak ten sam spis wygląda, kiedy o dowody pyta producent oprogramowania
Pytanie z audytu licencyjnego brzmi inaczej, niż firma się spodziewa. Nikogo nie interesuje, ile kopii macie zainstalowanych. Interesuje, na ile z nich potraficie pokazać dowód zakupu i czy warunki tego zakupu obejmują sposób, w jaki program jest używany.
Raport ze skanowania obsługuje jedną stronę tego równania i robi to dobrze. Drugą stronę składa człowiek: faktury, klucze, umowy ramowe, potwierdzenia subskrypcji, korespondencja z resellerem. Zestawienie obu kolumn jest całą robotą, a jego wynik ma trzy możliwe wartości przy każdej pozycji: zgodne, brakujące, kupione bez potrzeby.
Najczęstsze braki nie dotyczą pakietu biurowego, tylko licencji dostępowych do serwera i wersji oprogramowania używanej niezgodnie z jej przeznaczeniem, na przykład wersji dla instytucji edukacyjnych albo domowej na firmowym sprzęcie. Sposób liczenia licencji serwerowych bywa dodatkowo związany z rdzeniami procesora i z liczbą użytkowników jednocześnie, więc sam spis maszyn nie wystarcza.
Ocena prawna umowy licencyjnej nie należy do nas i mówimy to każdemu klientowi przed rozpoczęciem pracy. My pokazujemy stan faktyczny i różnicę wobec dokumentów. Kwalifikacja tej różnicy oraz rozmowa z producentem to zadanie dla prawnika, a audyt licencji oprogramowania kończy się właśnie w tym punkcie, z dokumentem, który da się takiej osobie przekazać.
Co z tego spisu bierze audytor ISO 27001, a czego nie przyjmie
Norma ISO/IEC 27001 w wydaniu z 2022 roku ma wśród zabezpieczeń organizacyjnych punkt 5.9, „Inwentaryzacja informacji i innych powiązanych aktywów". W poprzednim wydaniu normy był on rozbity na dwa osobne punkty: spis aktywów i wskazanie ich właścicieli. To połączenie mówi o tym punkcie wszystko, bo audytor pyta dziś o trzy rzeczy naraz: czy spis istnieje, czy ma właściciela przy każdej pozycji i czy jest utrzymywany. Wydruk sprzed roku spełnia pierwszy warunek i przewraca się na trzecim.
Eksport z narzędzia inwentaryzacyjnego zamyka część techniczną i zwykle robi dobre wrażenie, bo pokazuje datę ostatniego skanowania przy każdej pozycji. Reszta jest do dopisania ręcznie. Klasyfikacja informacji, zasady dopuszczalnego użycia sprzętu, procedura zwrotu przy odejściu pracownika, zarządzanie podatnościami technicznymi i przestrzeganie praw własności intelektualnej to osobne zabezpieczenia, które opierają się na spisie, ale nim nie są.
Tomasz Kaczmarek
Mogę Ci jakoś pomóc?
Spis zasobów jest też pierwszym dokumentem, o który pytamy przy analizie ryzyka. Bez niego ryzyka opisuje się dla wyobrażonego środowiska.
Ten sam wymóg wraca w dyrektywie NIS 2, przez obowiązek zarządzania ryzykiem w łańcuchu dostaw i utrzymania bezpieczeństwa systemów. Wraca też w artykule 32 RODO , gdzie środki techniczne mają odpowiadać ryzyku — a bez znajomości zasobów nikt tego ryzyka nie oszacuje. Zakres badania zgodności opisaliśmy przy audycie zgodności z normą , a pozostałe rodzaje przeglądów zebrane są w kategorii audytów .
Lansweeper, GLPI, Snipe-IT czy arkusz: co wybieramy i dlaczego
Wybór rozstrzygają dwie rzeczy: czy spis ma powstawać z odczytu z sieci, czy z ewidencji prowadzonej przez człowieka, i kto będzie utrzymywał samo narzędzie.
Narzędzie | Kiedy je bierzemy | Co daje | Czym za to płacicie |
|---|
Lansweeper | domena Active Directory, przewaga Windowsa, od 25 do kilkuset zasobów | rozpoznanie sprzętu i oprogramowania bez agenta, pierwszy sensowny raport tego samego dnia | Windowsem i bazą SQL Server pod spodem |
GLPI z agentem | przewaga Linuksa i zerowy budżet na licencje, gdy jest kto ma zajmować się aplikacją | spis oraz zgłoszenia serwisowe w jednym systemie | czasem na utrzymanie, którego w firmie bez informatyka po prostu nie ma |
Snipe-IT | gdy problemem jest ewidencja wydań sprzętu, a nie widoczność w sieci | odpowiedź na pytanie, kto ma który sprzęt i od kiedy | brakiem skanowania sieci, którego tam nie ma i nie ma go udawać |
Arkusz | poniżej 25 zasobów | uczciwy spis, o ile ktoś aktualizuje go przy każdym zakupie i przy każdym odejściu z firmy | pewnością opartą na niczym, gdy prowadzi się go „przy okazji” |
Werdykt dla firmy na 30 do 60 stanowisk z domeną Active Directory: Lansweeper, na darmowym poziomie, i najprawdopodobniej na nim zostaniecie. Taka firma ma zwykle od 50 do 120 zasobów, więc albo mieści się w setce i nie płaci nic, albo przekracza ją o kilkanaście pozycji i wtedy pierwszym ruchem jest posprzątanie duplikatów, a nie zakup pasma na dwa tysiące urządzeń. Decyzję o czymkolwiek płatnym podejmuje się po pierwszym pełnym skanie, kiedy znacie już swoją prawdziwą liczbę, a nie przed nim.
Ile kosztuje inwentaryzacja sprzętu i licencji: licencje producenta i nasza praca
Model licencyjny opiera się na liczbie zasobów i rozliczeniu rocznym. Darmowy poziom obejmuje 100 zasobów, czyli mniej więcej firmę na 50 stanowisk, i dla takiej firmy bywa wystarczający na stałe, o ile nie liczycie na wsparcie producenta.
Powyżej tej granicy zaczyna się rzecz, którą trzeba zobaczyć przed decyzją, bo przewraca cały rachunek. Najniższy płatny poziom obejmuje 2 000 zasobów, a kolejny rozbudowuje się od 2 000 do 9 000 w krokach po tysiąc. Między setką a dwoma tysiącami nie ma nic. Firma, która przekroczy sto zasobów o pięć, nie dopłaca za pięć, tylko wchodzi w pasmo dwudziestokrotnie większe od swojej potrzeby.
Wniosek dla odbiorcy tego tekstu jest binarny i wart wypowiedzenia wprost. Firma na 5 do 50 stanowisk albo mieści się w darmowym poziomie, albo płaci tak, jakby miała dwadzieścia razy więcej sprzętu. Dlatego pilnowanie liczby zasobów, w tym kasowanie duplikatów i pozycji po sprzęcie wycofanym, jest u tego producenta czynnością kosztową, a nie porządkową.
Cztery rzeczy, które podnoszą rachunek poza samą licencją.
Duplikaty zasobów liczą się jak osobne urządzenia, więc niesprzątnięty spis potrafi wypchnąć firmę do wyższego pasma bez jednego nowego komputera. Maszyna pod serwer skanujący razem z licencją Windows Server i bazą danych to koszt po Waszej stronie, nawet gdy samo narzędzie jest darmowe. Cennik producenta jest w walucie obcej, więc odnowienie za rok potrafi wyglądać inaczej niż pierwszy zakup. Wsparcie techniczne producenta zaczyna się dopiero na poziomach płatnych, a odpowiedź na pytanie o dziwne zachowanie skanera inaczej kosztuje wtedy dzień pracy inżyniera.
Nasza strona rachunku jest prostsza. Jednorazowy audyt licencji dla firmy do 50 stanowisk zaczyna się od 1 900 zł netto, szerszy przegląd całej infrastruktury od 2 900 zł netto, a badanie zgodności z ISO/IEC 27001 od 7 900 zł netto. Kwoty netto, stan na 14 sierpnia 2026. Dzień pracy inżyniera wyceniamy na 2 000 zł netto i z tej stawki liczymy każdą pracę spoza cennika.
Pięć błędów, które kosztowały naszych klientów najwięcej
Błąd | Czym się kończy |
|---|
Skanowanie kontem administratora domeny | poświadczenia leżą w konsoli narzędzia, a konsola staje się najkrótszą drogą do przejęcia całej domeny. Konsekwencja jest binarna: jedno włamanie na tę maszynę kończy się utratą wszystkiego |
Zakresy adresów wpisane raz, przy wdrożeniu | nowy VLAN, nowa lokalizacja albo zmiana adresacji wypadają ze spisu bez żadnego komunikatu. Stacje z tego zakresu nie dostają łatek i nikt tego nie zauważa, bo raport nie zgłasza nieobecności czegoś, o czym nie wie |
Konsola wystawiona do internetu | panel z mapą całej infrastruktury, wersjami systemów i datami ostatnich aktualizacji to gotowa lista celów. Publikacja takiej konsoli bez ograniczenia dostępu jest błędem tej samej klasy co wystawiony pulpit zdalny |
Spis bez przypisanego właściciela | po odejściu pracownika nikt nie wie, kto miał ten laptop ani gdzie on jest, a sprzęt znika z firmy bez śladu w żadnym dokumencie. Pole właściciela wypełnia się raz, przy porządkowaniu, i utrzymuje przy każdej zmianie |
Uznanie raportu instalacji za dowód legalności | przy pytaniu producenta albo kontrahenta liczy się faktura, klucz i warunki umowy, a nie zestawienie tego, co jest zainstalowane. Firma z pełnym raportem i bez faktur jest dokładnie w tym samym miejscu co firma bez raportu |
Co dostajecie od nas, punkt po punkcie
- spis zasobów zebrany z odczytu, z datą ostatniego kontaktu przy każdej pozycji
- lista systemów i urządzeń bez wsparcia producenta, uszeregowana według ryzyka
- zestawienie zainstalowanego oprogramowania z dowodami zakupu
- lista subskrypcji i kont do wyłączenia, z kwotą miesięczną przy każdej pozycji
- lista braków licencyjnych z rekomendacją, co i w jakiej wersji dokupić
- konta skanujące z minimalnymi uprawnieniami, opisane w Waszym rejestrze haseł
- harmonogram skanowania oraz raport wysyłany mailem, do wskazanej osoby
- procedura na przyszłość: kto zatwierdza zakup, gdzie trafia dowód, kto zamyka konta przy odejściu pracownika
Licencji nie sprzedajemy, więc rekomendacja zakupu nie jest u nas ofertą handlową. Kupujecie tam, gdzie chcecie, i to jest jedyny układ, w którym taka lista ma wartość.
Pytania, które słyszymy przy tej usłudze najczęściej
Ile trwa inwentaryzacja sprzętu i licencji w firmie na 40 stanowisk? Samo skanowanie jest kwestią godzin, całość zamyka się zwykle w dwóch tygodniach kalendarzowych. Najdłużej trwa zebranie faktur i potwierdzeń zakupu, bo leżą u księgowej, u poprzedniego dostawcy IT i w skrzynce pocztowej prezesa. Firmy, które przygotują dokumenty wcześniej, skracają to o kilka dni.
Czy skanowanie sieci spowolni pracę albo coś zepsuje? Stacje robocze, serwery i sprzęt biurowy odpytujemy w godzinach nocnych i nie zauważa tego nikt. Ostrożnie podchodzimy do sterowników i paneli przy maszynach produkcyjnych, bo starsze urządzenia potrafią zareagować na odpytanie nieprzewidywalnie. Takie adresy wyłączamy ze skanowania aktywnego i spisujemy je z dokumentacji.
Czy Lansweeper jest darmowy? Darmowy poziom obejmuje 100 zasobów, czyli mniej więcej firmę na 50 stanowisk, i dla mniejszej firmy bywa wystarczający na stałe. Płatne poziomy sprzedawane są w pasmach liczby zasobów z rozliczeniem rocznym, a najniższe z nich obejmuje 2 000 zasobów, czyli dwudziestokrotnie więcej, niż taka firma potrzebuje. Przekroczenie setki oznacza więc skok, a nie dopłatę. Do rachunku doliczcie maszynę, na której narzędzie stoi.
Czy musimy instalować coś na komputerach pracowników? W typowym biurze nie. Dane zbiera się poświadczeniami po sieci, bez agenta na stacjach. Agenta instalujemy tylko na sprzęcie, który rzadko bywa w firmowej sieci, na przykład na laptopach handlowców, bo inaczej ich pozycje w spisie starzeją się i wyglądają jak sprzęt wycofany.
Co musimy mieć u siebie, żeby to postawić? Wersja instalowana lokalnie potrzebuje maszyny z Windows i bazy SQL Server, zwykle wystarczy maszyna wirtualna na istniejącym serwerze. Do tego konta skanujące i dostęp do wszystkich podsieci, które mają być widoczne. Wariant chmurowy zdejmuje obowiązek utrzymania tej maszyny i dokłada zależność od łącza oraz od cennika producenta.
Czy taki spis wystarczy, gdy producent zapyta o legalność oprogramowania? Sam raport ze skanowania nie wystarczy, bo pokazuje instalacje, a nie uprawnienia. Dowodem są faktury, klucze i warunki umów zestawione z tym raportem, i dopiero taki komplet ma sens w rozmowie z producentem. Ocenę prawną umowy licencyjnej zostawiamy prawnikowi i mówimy to przed rozpoczęciem pracy.
Spis zawiera nazwiska i nazwy komputerów, co na to RODO? To dane osobowe pracowników i tak je traktujemy: dostęp do konsoli ma imienne konto, a nie wspólne hasło działu, a zakres danych ograniczamy do tego, co potrzebne do zarządzania sprzętem. Historii logowań nie zbieramy po to, żeby kontrolować czas pracy, i zapisujemy to w dokumentacji, żeby nie było wątpliwości.
Co dostaniecie i kiedy
Umówcie rozmowę o zakresie inwentaryzacji sprzętu i licencji. W ciągu dwóch tygodni od jej zakończenia dostajecie spis wszystkich zasobów zebrany z odczytu, listę systemów bez wsparcia producenta uszeregowaną według ryzyka, listę subskrypcji i kont do wyłączenia z kwotą przy każdej pozycji, listę braków licencyjnych oraz procedurę, dzięki której ten spis nie zestarzeje się po kwartale. Wyniki omawiamy na spotkaniu, bo plik sam niczego nie decyduje. Pracujemy z całej Polski zdalnie, a w Gorzowie Wielkopolskim i okolicy przyjeżdżamy na miejsce.