Lansweeper: inwentaryzacja sprzętu i licencji w małej firmie
Inwentaryzacja sprzętu i licencji jest tematem dla właściciela firmy, który ma spis sprzętu w arkuszu i wie, że ten arkusz jest nieaktualny.
Czytaj wpis
Lansweeper: skanowanie sieci w poszukiwaniu urządzeń i oprogramowania, z listą sprzętu, wersji systemów i zainstalowanych programów.
Pytanie „ile w tej firmie jest komputerów” brzmi banalnie i prawie żadna firma nie odpowiada na nie od razu. Arkusz ze spisem powstał kiedyś, po roku przestał się zgadzać, a lista z księgowości mówi coś innego niż to, co faktycznie loguje się do firmowej sieci.
Lansweeper to program, który sam odnajduje w sieci urządzenia i spisuje, co na nich pracuje. Zbiera model sprzętu, wersję systemu, zainstalowane programy, numery seryjne i datę ostatniego kontaktu, a wynik pokazuje w jednym miejscu zamiast w arkuszu.
Robi to bez instalowania czegokolwiek na komputerach, poświadczeniami do Windows, SSH i SNMP. Jednostką, którą liczy, jest zasób, czyli każde urządzenie odzywające się w sieci: komputer, serwer, przełącznik, drukarka, kamera, zasilacz awaryjny z kartą sieciową. Jedno stanowisko pracy generuje zwykle od półtora do dwóch zasobów, więc biuro na dwadzieścia osób to w praktyce od trzydziestu pięciu do pięćdziesięciu pozycji.
Skanowanie bez agenta przypomina nocnego stróża z pękiem kluczy. Stróż obchodzi budynek według trasy, którą mu wyznaczono, otwiera te drzwi, do których dostał klucz, i zapisuje, co zobaczył w środku. Z tego obrazu wynika wszystko, co w takim narzędziu działa, i wszystko, co w nim zawodzi.
Konkret jest niewygodny: korytarza spoza trasy stróż nie obejdzie, drzwi bez klucza nie otworzy, a w raporcie napisze w obu przypadkach to samo co przy pokoju faktycznie pustym. Podsieć magazynu na osobnym VLAN-ie, której nikt nie wpisał do zakresu adresów, nie pojawi się nigdzie. Konto skanujące bez uprawnień do zdalnego zarządzania zwróci samą nazwę i adres, więc zasób trafi na listę pusty, a przy dwustu pozycjach nikt tego nie zauważy.
Te dwa dokumenty bywają brane za jedną listę i nigdy się nie zgadzają, choć żadna nie jest prowadzona niechlujnie. Powstają z innego zdarzenia. Księgowość zapisuje fakturę: datę, kwotę, nazwę z dokumentu. Sieć zapisuje logowanie: nazwę hosta, adres, system, zainstalowane oprogramowanie.
Pierwsza lista opisuje pieniądze, druga opisuje ryzyko. Monitor i stacja dokująca poniżej progu środka trwałego idą prosto w koszty, więc w ewidencji nie ma ich wcale. Laptop kupiony dla sprzedaży wędruje po roku do magazynu i nikt tego nie odnotowuje. Urządzenie, które pobiera adres z serwera DHCP i uwierzytelnia się w domenie, istnieje bez względu na to, czy ktoś wpisał je do arkusza.
Pierwszy raport jest zawsze dłuższy, niż firma się spodziewa, i powtarzają się w nim cztery znaleziska. Urządzenia, o których istnieniu nikt nie pamiętał: stary serwer plików pod biurkiem w księgowości, przełącznik dołożony na czas remontu, tablet magazynowy leżący od dwóch lat w szufladzie i nadal podpięty do Wi-Fi. Systemy bez wsparcia producenta, o których firma była przekonana, że wymieniła je rok wcześniej.
Dalej licencje kupione podwójnie, czyli ten sam program w subskrypcji i w wersji wieczystej z poprzedniego zakupu, oraz licencje używane bez zakupu, na przykład wersja domowa pakietu biurowego na firmowym laptopie. Dwa ostatnie punkty występują zwykle razem, w tej samej firmie i w tym samym raporcie: firma kupuje drugi raz to, co już ma, i jednocześnie nie ma tego, czego używa codziennie.
Skaner liczy instalacje, a uprawnienie do używania wynika z faktury, umowy albo warunków subskrypcji. Dopóki nikt nie wpisze zakupów po drugiej stronie, raport pokazuje samą lewą kolumnę równania i nie jest dowodem legalności.
Osobno kosztuje sam porządek w nazwach. Różne wersje instalatorów zgłaszają ten sam program pod różnymi nazwami, więc jedna aplikacja potrafi wystąpić w raporcie jako trzy pozycje, a scalanie ich zostaje po stronie człowieka. Warto też wiedzieć, że wariant serwerowy działa na Windowsie i potrzebuje bazy SQL Server, więc lekkie z nazwy narzędzie zajmuje maszynę, którą ktoś musi aktualizować i kopiować. Darmowy poziom obejmuje sto zasobów, a najniższe płatne pasmo od razu dwa tysiące.
Przy firmie na dziesięć osób, pracującej na laptopach bez serwera i bez domeny, jednorazowy spis w arkuszu wystarcza, a stałe narzędzie dokłada maszynę do pilnowania. Przy zespole rozproszonym, w którym sprzęt prawie nigdy nie bywa w biurze, skanowanie sieci nie ma czego skanować i sensowniejsze jest zarządzanie stacjami z chmury. Przy firmie z systemem klasy ITSM, który ma własny moduł zasobów, drugi spis kończy się dwiema listami, które się rozjeżdżają, i pytaniem, która jest prawdziwa.
Mogę Ci jakoś pomóc?
Inwentaryzacja sprzętu i licencji jest tematem dla właściciela firmy, który ma spis sprzętu w arkuszu i wie, że ten arkusz jest nieaktualny.
Czytaj wpisKlikając „Akceptuję”, zgadzasz się na przechowywanie plików cookie przez UXU w celu poprawy działania strony, analizy i wsparcia działań marketingowych.