Google Workspace bierzemy tam, gdzie zespół pracuje w przeglądarce i codziennie udostępnia dokumenty na zewnątrz. Nie bierzemy go tam, gdzie plik musi wpaść do programu księgowego albo do arkusza z makrem. Wyjście z Google jest wykonalne: poczta wraca do Microsoftu od 2 900 zł netto za dwadzieścia skrzynek, a najdroższe okazują się pliki i uprawnienia.
Wybór platformy wygląda na spór o edytor tekstu, a jest sporem o to, kto po dwóch latach ma dostęp do dokumentów firmy. Pokazujemy różnice widoczne w pracy zespołu, przenoszenie poczty w obie strony i rachunek za zmianę zdania. Na koniec będziecie umieli wskazać, po której stronie stoi Wasza firma.
Jaki problem rozwiązuje Google Workspace i ile kosztuje jego brak
Firmy, do których wchodzimy, rzadko zaczynały od decyzji. Zaczynały od tego, że ktoś założył sobie darmowe konto Gmail, wrzucił na swój Dysk pierwszą ofertę i udostępnił ją linkiem, bo tak było najszybciej. Po trzech latach na prywatnych kontach kilku osób leży cała pamięć firmy, a firma jako podmiot nie ma do niej żadnego tytułu.
To nie jest problem techniczny. To jest problem własności.
Wyobraźcie sobie, że handlowiec wozi firmowe narzędzia własnym samochodem. Dopóki jeździ, wszystko działa i nikt nie widzi różnicy. W dniu, w którym odchodzi, samochód wyjeżdża z parkingu razem z narzędziami, a Wy możecie poprosić o ich zwrot i tyle. Gdyby te same narzędzia leżały w aucie firmowym, zwrot nie byłby prośbą, tylko odbiorem kluczyków. Konto Google działa dokładnie tak samo: liczy się nie to, czyje dane w nim leżą, tylko na kogo jest zarejestrowane.
Wchodząc do takiej firmy, widzimy zwykle ten sam zestaw:
- dokumenty handlowe na koncie osobistym handlowca, w tym cennik obowiązujący,
- linki „każdy, kto ma link” rozesłane do kontrahentów lata temu i wciąż żywe,
- jeden kalendarz firmowy prowadzony przez osobę, która akurat go założyła,
- konta bez drugiego składnika logowania, w tym konto z prawami administratora,
- pliki, których nikt nie potrafi wskazać, gdzie leżą, bo leżą w trzech miejscach.
Konto firmowe w Google nie porządkuje tego samo z siebie. Kupujecie w nim jedną rzecz, która rozwiązuje wszystkie pięć punktów naraz: konta należą do firmy, a nie do ludzi, którzy się nimi posługują. Reszta, czyli poczta z własną domeną, dyski i pakiet do pisania, jest tego konsekwencją, a nie powodem zakupu.
Koszt zwlekania jest niesymetryczny i to jest w nim najgorsze. Dopóki nikt nie odchodzi, nie kosztuje nic. W dniu, w którym odchodzi człowiek pokłócony z firmą, odzyskanie dokumentów z jego prywatnego konta przestaje być zadaniem informatyka i staje się rozmową prawników, bo konto Google należy do niego i żaden regulamin tego nie zmienia.
Druga część rachunku jest cichsza i wychodzi dopiero przy kontroli.
Co się dzieje z danymi osobowymi na prywatnym koncie pracownika
Dane osobowe klientów leżące na prywatnym koncie pracownika są przetwarzane poza jakąkolwiek umową powierzenia, bez wiedzy o tym, kto ma do nich dostęp i przez jak długo.
Firma odpowiada za nie tak samo, jakby leżały na jej serwerze, z tą różnicą, że nie potrafi pokazać ani listy dostępów, ani miejsca przechowywania. Przy zgłoszeniu naruszenia trzeba opisać zakres danych w siedemdziesiąt dwie godziny, a zakresu w cudzym koncie nikt nie zna.
Konto firmowe zamienia to na coś, co da się opisać w jednym zdaniu: wiadomo, kto ma dostęp, wiadomo, kiedy go dostał, i wiadomo, jak mu go odebrać. Tyle kupujecie na wejściu.
To jest cały argument za założeniem organizacji.
Google Cloud to nie pakiet do pracy biurowej, tylko rachunek za serwery
Dwa produkty, dwie różne umowy, dwie różne konsole i dwa różne sposoby liczenia pieniędzy. Mylenie ich kosztuje w rozmowie handlowej godzinę, a w budżecie potrafi więcej.
| Google Workspace | Google Cloud |
|---|
Co dostajecie | pocztę z własną domeną, dyski, kalendarze, komunikator i pakiet do pisania | maszyny wirtualne, magazyn obiektowy, bazy danych i sieć |
Za co płacicie | za osobę i za miesiąc | za zużycie: godziny pracy, zajęte gigabajty, ruch wychodzący |
Gdzie się tym zarządza | konsola pod adresem admin.google.com | osobna konsola, wspólne jest tylko logowanie tym samym kontem |
Od czego zależy rachunek | liczba ludzi razy stawka planu, koniec | od tego, co włączyliście i czego zapomnieliście wyłączyć |
Tomasz Kaczmarek
Mogę Ci jakoś pomóc?
źródło: magnific.com W firmie na 5 do 50 stanowisk Google Cloud pojawia się w trzech sytuacjach: własna aplikacja napisana pod chmurę, magazyn na kopie zapasowe trzymane poza budynkiem i przetwarzanie danych, którego nie ma na czym policzyć na miejscu. Poza tymi trzema przypadkami mikrofirma go nie potrzebuje i mówimy to wprost, zamiast dopisywać do oferty pozycję, która ładnie wygląda.
Jedna rzecz przemawia w Polsce za tą platformą mocniej niż cokolwiek w jej cenniku i warto ją znać, nawet jeśli pakietu biurowego nie kupicie. Google ma region obliczeniowy w Warszawie, z trzema strefami dostępności, więc firma, która musi trzymać dane w kraju, dostaje tu odpowiedź wprost. Dotyczy to jednak wyłącznie Google Cloud, nie pakietu biurowego: w Workspace do wyboru są Stany Zjednoczone albo Europa, bez wskazania pojedynczego kraju, i mylenie tych dwóch rzeczy jest najczęstszym błędem w rozmowach o zgodności.
Pułapka w Google Cloud jest za to zawsze ta sama i nazywa się ruch wychodzący. Wrzucenie danych bywa darmowe, wyjęcie ich w dniu awarii jest liczone osobno, a płacicie to dokładnie wtedy, gdy nikt nie ma głowy do negocjacji. Dostawca odpuszcza tę opłatę przy całkowitym odejściu z platformy, ale pod warunkiem, którego nie ma u wszystkich: trzeba złożyć wniosek, dostać zgodę, zmieścić się w sześćdziesięciu dniach i rozwiązać umowę. Bezpłatne wyjście jest tu więc drzwiami w jedną stronę, a nie sposobem na przetestowanie innej platformy. Nadzór nad taką subskrypcją opisujemy przy okazji administracji chmurą , gdzie zaczyna się od 590 zł netto miesięcznie (stan na 31 lipca 2026).
Jedno konto firmowe loguje do obu i to jest jedyne, co te produkty łączy naprawdę. Faktury przychodzą osobne.
Co widać w codziennej pracy: pliki, poczta, dyski współdzielone i konta
Różnic w tabelach porównawczych jest kilkadziesiąt. W pracy zespołu widać cztery i tylko one decydują o tym, czy po pół roku ludzie mówią „dobrze, że zmieniliśmy”, czy „kiedy wracamy”.
Pliki. W Google dokument domyślnie nie jest plikiem, tylko wpisem, który żyje w usłudze i ma adres. Dwie osoby piszą w nim naraz bez konfliktu wersji, historia zmian sięga wstecz bez proszenia o kopię, a komentarz przy akapicie zastępuje wymianę załączników. Cena tej wygody jest jedna: żeby taki dokument wpuścić do programu, który czyta pliki, trzeba go najpierw wyeksportować, a eksport nie zawsze oddaje to, co było na ekranie.
Poczta. Wiadomość nosi etykiety i może nosić kilka naraz, więc porządek robi wyszukiwanie, a nie drzewo folderów. Zespół, który przyszedł z Outlooka, przez pierwszy tydzień szuka folderów i uznaje, że poczta zginęła. Ten tydzień da się skrócić do kwadransa rozmowy przed przełączeniem, o ile ktoś o niej pomyśli.
Dyski współdzielone. To jest najmocniejsza rzecz w całym pakiecie i firmy włączają ją najrzadziej.
Różnica między własnym dyskiem a dyskiem współdzielonym jest różnicą między szufladą w biurku pracownika a szafą na korytarzu. Dokumenty w szufladzie są w biurze fizycznie, ale należą do biurka, więc gdy człowiek odchodzi i zabiera biurko, wychodzą razem z nim i trzeba prosić, żeby oddał. Dokumenty w szafie należą do firmy, a pracownik ma do niej klucz, który po prostu się odbiera.
Plik na dysku współdzielonym należy więc do dysku, a nie do osoby, która go utworzyła, i odejście pracownika nie zabiera ze sobą niczego. Odebranie dostępu jest wykreśleniem z listy, nie przenoszeniem zawartości. Firma, która pracuje na Moim Dysku każdego z osobna, kupiła całą szafę i dalej trzyma wszystko w szufladach.
Konta. Zasady schodzą po drzewie jednostek organizacyjnych, czyli po strukturze firmy, a nie po grupach doklejanych do ludzi. Handlowcy dostają inne reguły niż produkcja, bo siedzą w innej gałęzi, i to jest cała mechanika. Wszystko dzieje się w jednej konsoli, co skraca szukanie ustawienia, ale ma drugą stronę: pokręteł jest mniej i rzecz, której producent nie przewidział, po prostu nie da się ustawić.
Czwarty punkt jest tym, który najbardziej dzieli obie platformy w firmach z Active Directory na miejscu. Kto ma już zbudowane drzewo kont i zasady na serwerze, ten ma po stronie Microsoftu gotową ścieżkę, a po stronie Google drugie źródło prawdy o tożsamości. Podstawy tej układanki opisujemy we wpisie o tym, czym są Active Directory i GPO .
Kiedy wybieramy Google, a kiedy odradzamy
Werdykt jest jednoznaczny i nie brzmi „to zależy od potrzeb”. Zależy od tego, co czyta Wasze pliki i skąd bierze się tożsamość pracownika.
Google bierzemy, gdy firma spełnia którykolwiek z trzech warunków:
Tomasz Kaczmarek
Mogę Ci jakoś pomóc?
- Dokumenty powstają wspólnie i wychodzą na zewnątrz codziennie. Agencja, biuro projektowe, firma szkoleniowa, dział marketingu. Praca równoczesna w jednym dokumencie jest tu realną oszczędnością godzin, a nie funkcją z ulotki.
- Sprzęt jest mieszany. ChromeOS, macOS, Linux, Android w rękach ludzi, Windows tylko u części zespołu. Google traktuje wszystkie te systemy tak samo, bo i tak pracuje w przeglądarce.
- Firma zaczyna od zera. Nie ma serwera plików, nie ma domeny Active Directory, nie ma nawyków z Outlooka. Wtedy koszt wejścia jest najniższy, jaki będzie kiedykolwiek.
Odradzamy w czterech sytuacjach i każda z nich kończy dyskusję:
- Stoi u Was program księgowy albo handlowy pod Windows. Subiekt, Rachmistrz, Rewizor i cała ta rodzina wymieniają dane przez pliki i dodatki do Excela. Arkusz Google nie jest plikiem Excela, więc każda taka wymiana staje się ręcznym eksportem, a eksport ktoś kiedyś zrobi z błędem.
- Macie Active Directory i zasady grupowe. Tożsamość jest już zbudowana po stronie Microsoftu i przeniesienie jej do Google to praca, za którą nikt Wam nie zapłaci korzyścią.
- Kontrahent narzuca sposób pracy na dokumentach. Kancelarie, biura rachunkowe i podwykonawcy dużych spółek dostają umowy w formacie Word z włączoną rejestracją zmian. Konwersja tam i z powrotem gubi część śladu, a ślad jest tu przedmiotem sporu.
- Chcecie jednego narzędzia do laptopów z Windows. Google zarządza nimi w podstawowym zakresie, natomiast firma z flotą Windowsów dostaje po stronie Microsoftu narzędzie zrobione pod jej sprzęt.
Trzy pierwsze punkty tej listy trafiają w polską mikrofirmę częściej, niż wynikałoby z globalnych statystyk udziału obu platform. To jest cała tajemnica tego, dlaczego u nas Microsoft wygrywa częściej niż w Europie Zachodniej. Zestaw usług, które przy tej decyzji sprzedajemy, opisuje katalog Microsoft 365 .
Decyzja odwrotna też jest dozwolona i czasem ją rekomendujemy. Firma bez ani jednego programu desktopowego co drugi dzień wysyła klientowi dokument do wspólnej edycji. W Microsoft 365 taka firma będzie płacić za warstwę, której nie otworzy ani razu.
Jak wdrażamy Google Workspace krok po kroku
Kolejność poniżej ma znaczenie, bo trzy pierwsze kroki są nieodwracalne tanio, a trzy ostatnie widzi zespół.
- Spis. Skrzynki, aliasy, adresy zbiorowe, kalendarze zespołów oraz nadawcy techniczni: drukarka wielofunkcyjna, sklep, system wysyłkowy, formularz na stronie. Spis powstaje przed dotknięciem czegokolwiek.
- Domena i drzewo. Potwierdzenie domeny wpisem w DNS oraz jednostki organizacyjne odwzorowujące strukturę firmy. Drzewo rysuje się raz, przed wpuszczeniem ludzi. Przenoszenie kont między gałęziami po fakcie oznacza przeliczanie wszystkich zasad od nowa.
- Dyski współdzielone i właściciele. Ustalamy, które zbiory należą do firmy, i zakładamy je jako dyski zespołów. Robimy to, zanim ktokolwiek wrzuci pierwszy plik na swoje konto. Ten krok pominięty na starcie wraca po dwóch latach jako największa pozycja w kosztorysie wyjścia.
- Konta imienne i drugi składnik logowania. Od pierwszego dnia, razem z kodami zapasowymi wydanymi ludziom na papierze. Do tego osobne konto administratora, którego nikt nie używa do czytania poczty.
- Kopia w tle. Poczta, kalendarze i kontakty kopiują się przy działającym starym środowisku, więc nikt tego nie zauważa.
- Przełączenie. Dobę wcześniej skracamy czas życia wpisów DNS. Samo przekierowanie poczty robimy wieczorem, a różnicę z ostatnich godzin dogrywamy po nim. Stare środowisko zostaje czynne do dnia odbioru.
- Godzina z zespołem. Wyszukiwanie zamiast folderów, udostępnianie imienne zamiast otwartego linku, dyski współdzielone zamiast własnego. Kwadrans na każdą z tych trzech rzeczy oszczędza kilkanaście zgłoszeń w pierwszym tygodniu.
Przenoszenie poczty w obie strony i co gubi się po drodze
Poczta przenosi się dobrze w każdą stronę i to jest najprostsza część całej operacji. Gubi się to, co poczty nie dotyczy.
Z Microsoftu albo z hostingu do Google. Wiadomości, kalendarze i kontakty idą narzędziem migracyjnym producenta, w tle, na działającej skrzynce. Boli reszta:
Element | Co się z nim dzieje |
|---|
Skrzynka współdzielona z Exchange | nie ma odpowiednika jeden do jednego, trzeba zdecydować, czy staje się grupą z historią, czy delegacją |
Archiwa PST z dysków lokalnych | trzeba wciągnąć osobno, bo żadne narzędzie ich nie zobaczy |
Reguły z Outlooka | nie jadą |
Dodatki do Excela | zostają tam, gdzie były, i pierwszy raport miesięczny to pokazuje |
Z Google do Microsoftu. Kierunek, o który klienci pytają przed decyzją, bo chcą wiedzieć, czy zamykają sobie drzwi. Nie zamykają. Etykiety stają się folderami, adresy zbiorowe skrzynkami wspólnymi, a kalendarze zespołów osobnymi obiektami z listą uprawnionych, i cały ten przekład opisujemy na stronie usługi migracja poczty do Microsoft 365 .
Poczta jest w tym kierunku najtańsza. Drogie są pliki.
Dokument napisany w formacie natywnym trzeba przy wyjściu przekonwertować, a konwersja nie oddaje wszystkiego. Łamią się formuły odwołujące się do innych arkuszy, znikają komentarze przypięte do fragmentów tekstu. Przestają działać skrypty automatyzujące i formularze zbierające dane do arkusza. Odnośniki wysłane kiedykolwiek na zewnątrz przestają odpowiadać, a część z nich krąży u kontrahentów i w archiwach klientów. Każda z tych rzeczy jest do naprawienia. Każda kosztuje czas człowieka, który musi wiedzieć, jak dokument wyglądał przed konwersją.
Tomasz Kaczmarek
Mogę Ci jakoś pomóc?
Przerwy w odbieraniu poczty nie ma w żadną ze stron, bo kopiowanie idzie w tle, a przełączenie robimy poza godzinami pracy. Stara skrzynka pozostaje dostępna do czasu potwierdzenia kompletności na piśmie.
źródło: magnific.comIle kosztuje zmiana decyzji po dwóch latach
Rachunek za platformę ma cztery pozycje, a firmy porównują zwykle jedną.
Pozycja rachunku | Jak się rozlicza |
|---|
Abonament za konta | co miesiąc, do producenta |
Uruchomienie środowiska i migracja | praca jednorazowa |
Bieżąca opieka | pozycja miesięczna |
Czas Waszych ludzi na zmianę nawyków | nikt tego nie fakturuje, choć bywa największa |
Kwoty, które możemy podać, bo są policzone i opublikowane u nas na stronach usług:
- przeniesienie poczty do dwudziestu skrzynek razem z historią i kalendarzami: od 2 900 zł netto jednorazowo (stan na 31 lipca 2026),
- migracja biura do dwudziestu osób do chmury, poczta i pliki, bez licencji: od 4 900 zł netto jednorazowo (stan na 30 lipca 2026),
- nadzór nad jedną subskrypcją chmury: od 590 zł netto miesięcznie, każda maszyna wirtualna 250 zł netto (stan na 31 lipca 2026).
Cen licencji nie przepisujemy z cennika producenta. Stawki są ogłaszane w dolarach i przeliczane, kanał sprzedaży zmienia warunki, a wpis powtarzający kwotę kłamie od pierwszej korekty cennika i nikt tego nie zauważa. Aktualną podajemy w ofercie, z datą ważności.
Najważniejsze zdanie o koszcie wyjścia brzmi tak: rachunek za zmianę decyzji nie rośnie z liczbą pracowników, tylko z liczbą dokumentów powstałych w formacie natywnym i z liczbą odnośników wysłanych na zewnątrz. Firma na dziesięć osób, która przez dwa lata pisała wszystko w Dokumentach i rozdawała otwarte linki, wychodzi drożej niż firma na czterdzieści osób trzymająca pliki Office na dyskach współdzielonych. Ta pierwsza zwykle nie wie, że jest w gorszej sytuacji, bo obie płacą ten sam abonament.
Pułapki, na które patrzymy przed podpisaniem czegokolwiek:
- Zobowiązanie roczne przeciw rozliczeniu miesięcznemu. Elastyczność kosztuje więcej za sztukę i jest dopłatą za prawo do rezygnacji, nie za lepszą usługę.
- Zmniejszanie liczby kont w trakcie okresu. Firma, która zatrudniła sezonowo, płaci za te konta do końca zobowiązania.
- Okno na eksport po rezygnacji. Dane nie znikają w dniu wypowiedzenia, tylko po nim, więc eksport planuje się przed, nie po.
- Darmowe konta z dawnych lat. Firmy siedzące na starym, bezpłatnym planie mają dziś środowisko bez części zabezpieczeń i bez umowy, na której da się oprzeć rozmowę o zgodności z RODO.
Plan wyjścia spisany w dniu wdrożenia kosztuje jedną stronę A4 i jest jedyną rzeczą, która zamienia tę listę z ryzyka w harmonogram.
Najczęstsze błędy w firmach pracujących na Google i czym się kończą
Sześć rzeczy, które widzimy najczęściej, każda z konsekwencją, którą ktoś u nas oglądał na żywo.
- Udostępnianie otwartym linkiem jako domyślny nawyk. Dokument z cenami zakupu bywa potem indeksowany, a firma dowiaduje się o tym od kontrahenta.
- Praca na Moim Dysku zamiast na dyskach współdzielonych. Po odejściu autora firma prosi o dostęp do własnych danych i nie zawsze go dostaje.
- Konto administratora używane do codziennej pracy. Przejęcie jednej skrzynki oddaje wtedy całą organizację, razem z prawem do skasowania kont. Dlaczego samo hasło już tego nie zatrzyma, opisujemy we wpisie o logowaniu dwuskładnikowym .
- Drugi składnik bez kodów zapasowych. Człowiek zmienia telefon i traci dostęp, a odzyskanie idzie przez administratora, który akurat jest na urlopie.
- Kosz i historia wersji uznane za kopię zapasową. Jedno i drugie ma swoje okno czasowe i leży w tym samym miejscu co dane, więc skasowanie konta przez przejętego administratora zabiera oba naraz. Kopia niezależna od dostawcy jest osobnym zakupem i osobną decyzją, o czym piszemy przy okazji nośników w backupie firmowym .
- Nadawcy techniczni wpięci na hasło konta osobowego. Po włączeniu drugiego składnika drukarka przestaje wysyłać skany, a sklep przestaje wysyłać potwierdzenia zamówień, zwykle w poniedziałek rano.
Czego w Google nie lubimy
Uprawnienia do pliku mają dwie prawdy naraz: właściciela pliku i uprawnienia dysku, na którym plik leży. Obie są widoczne w panelu i obie brzmią wiarygodnie, a odpowiedź na pytanie „kto naprawdę może to skasować” wymaga sprawdzenia obu i czasem testu na żywym dokumencie.
Firmy poznają tę różnicę przy odejściu pracownika, czyli w najgorszym możliwym momencie.
Co dostajecie od nas przy wdrożeniu
- spis skrzynek, aliasów, adresów zbiorowych i nadawców technicznych, po którym nic nie milknie po przełączeniu,
- drzewo jednostek organizacyjnych odwzorowujące strukturę firmy, z opisem, która zasada wchodzi w którą gałąź,
- konta imienne z drugim składnikiem logowania i kodami zapasowymi wydanymi ludziom,
- dyski współdzielone z przypisanym właścicielem każdego zbioru,
- wpisy SPF, DKIM i DMARC ustawione przed przełączeniem, nie po nim,
- kopię danych niezależną od dostawcy, wycenianą osobno,
- godzinę z zespołem i instrukcję na jedną stronę, po polsku,
- plan wyjścia: co trzeba zrobić i ile to kosztuje, gdybyście za dwa lata chcieli przejść na Microsoft 365.
Ostatni punkt oddajemy także wtedy, gdy wdrażamy Microsoft 365. Firma, która zna koszt wyjścia w dniu wejścia, negocjuje odnowienia z zupełnie innej pozycji.
Najczęstsze pytania
Czy Google jest tańszy od Microsoft 365?
W abonamencie za konto obie platformy stoją blisko siebie i przewaga zmienia się z każdą korektą cennika, więc porównywanie samego abonamentu niczego nie rozstrzyga. Różnica robi się w pracy jednorazowej: przy Google zwykle mniej płacicie za wdrożenie, a więcej za dopasowanie tego, co ma się wymieniać z programami działającymi na miejscu. Rachunek trzeba policzyć na trzy lata, razem z kosztem wyjścia.
Da się wyjść z Google Workspace do Microsoft 365, czy zamykamy sobie drzwi?
Da się i robimy to regularnie. Poczta, kalendarze i kontakty przenoszą się narzędziem, a przerwy w odbieraniu nie ma, bo kopia idzie w tle. Najwięcej pracy jest przy plikach w formacie natywnym i przy odnośnikach wysłanych kiedyś na zewnątrz, bo te dwie rzeczy trzeba przejrzeć sztuka po sztuce.
Czy firma na dwadzieścia osób potrzebuje Google Cloud?
Zwykle nie i nie sprzedajemy go na zapas. Sens pojawia się przy własnej aplikacji, przy kopiach zapasowych trzymanych poza budynkiem albo przy przetwarzaniu, którego nie ma na czym policzyć u Was. Biurowa część firmy, czyli poczta i pliki, mieści się w pakiecie biurowym i nie wymaga niczego z konsoli chmurowej.
Gdzie leżą nasze dane i co z RODO?
Umowa powierzenia przetwarzania jest częścią warunków usługi i podpisuje się ją razem z zamówieniem, a nie osobno. Wybór regionu danych obejmuje plany Business Standard i Business Plus oraz wyższe, natomiast w najtańszym planie Business Starter go nie ma. Uwaga na zakres tego wyboru: do wskazania są Stany Zjednoczone albo Europa, bez możliwości wskazania pojedynczego kraju. Firma, której wymóg brzmi „dane w Polsce”, nie spełni go pakietem biurowym Google i musi to wiedzieć przed migracją, a nie po niej.
Czy Google robi kopię zapasową naszej poczty i plików?
Producent odpowiada za dostępność usługi, Wy za zawartość kont. Kosz i historia wersji działają w ograniczonym oknie czasowym i leżą w tym samym miejscu co dane, więc jedno przejęte konto administratora sięga do nich tak samo łatwo. Kopia niezależna od dostawcy jest osobnym zakupem, tak samo jak przy każdej innej chmurze.
Można mieć Google i Microsoft naraz?
Technicznie tak i czasem tak zastajemy firmę: poczta w jednym miejscu, pliki w drugim. Płaci się wtedy dwa razy za tożsamość, dwa razy za administrację, a ludzie i tak wybierają jedno narzędzie i mijają się w drugim. Traktujemy taki układ jako stan przejściowy z datą końca, nie jako docelowy.
Ile trwa przeniesienie firmy z Google do Microsoftu?
Sama poczta do dwudziestu skrzynek to praca jednorazowa liczona od 2 900 zł netto, a przełączenie robimy poza godzinami pracy, więc zespół widzi tylko nowy adres logowania. Pliki wyceniamy osobno po spisie, bo ich objętość i liczba udostępnień bywa większa niż cała poczta firmy.
Co zrobimy w ciągu tygodnia od rozmowy
Jeśli macie na biurku ofertę na Google Workspace albo siedzicie w nim od lat i zastanawiacie się nad zmianą, zaczynamy od policzenia obu ścieżek. Wynik bywa taki, że lepiej zostać tam, gdzie jesteście, i wtedy tak mówimy.
Dostajecie spis kont, adresów zbiorowych i nadawców technicznych, decyzję Google albo Microsoft z uzasadnieniem na jedną stronę oraz wycenę wdrożenia razem z policzonym kosztem wyjścia.
Umówcie rozmowę o Waszej firmie i przygotujcie trzy liczby:
- ile jest kont,
- ile z nich to adresy zbiorowe,
- od kiedy pracujecie na obecnej platformie.
Ostatnia mówi najwięcej, bo z niej wynika, ile plików powstało w formacie, który trzeba będzie konwertować.
Migracje prowadzimy zdalnie dla firm z całego kraju, a do przełączenia poczty przyjeżdżamy tam, gdzie ktoś woli mieć nas na miejscu. Biuro w Zielonej Górze przy Objazdowej 35A obsługuje lubuskie firmy z dojazdem, a zakres usług dla Zielonej Góry jest opisany osobno.